9 dni w Alpach

Alpy szwajcarskie, to baśniowa kraina, w której możesz się znaleźć zupełnie realnie, a nie tylko w sennym marzeniu. Nam (Adam, Cecyl, Sławek) udało się doświadczyć tej magicznej niemal aury w gorące lipcowe dni 2015 r. Nasz plan był prosty: w ciągu 9 dni zdobyć dwa alpejskie szczyty – Eiger i Matterhorn, gdzie ten drugi był naszym głównym celem. Jak się później okazało staneliśmy tylko na szczycie tego pierwszego.


Kiedy planujesz wyprawę na szczyt najważniejszą zmienną, która decyduje o powodzeniu przedsięwzięia jest pogoda. To ona ostatecznie weryfikuje Twoje wcześniej powzięte plany. Poza tym świadomie wybierasz to co zrobisz, co ze sobą zabierzesz w górę, a co będzie zbędne, jak wykorzystasz nabytą wiedzę i umiejętności. Oczywiście nie możesz zapomnieć o wcześniejszym przygotowaniu swojej kondycji fizycznej i poniekąd psychicznej, chociaż ta ostatnia kształtuje się już podczas podróży na i ze szczytu.

Dojechaliśmy do Grindelwald późnym popołudniem. Jeszcze w drodze nie mogliśmy uwierzyć w to, co ukazywało się naszym oczom. Krajobraz trzy- i czterotysięczników, których szczyty pokrywały czapy śnieżne, a zboczami spływały potężne lodowce. Przepiękne i przeogromne jeziora Thunersee i Brienzersee, które zapraszały swoim lazurem do odpoczynku na ich brzegach w ten upalny dzień.

Grindelwald, Hotel Bellevue des Alpes, sam Eiger, a zwłaszcza jego północna ściana, to miejsca, które bezgłośnie opowiadają historie o marzeniach, podejmowanych próbach, o walce na śmierć i życie, o miłości, o tragediach i zwycięstwach. Kiedy znajdujesz się już blisko ściany nieznośny upał ustępuje przyjemnemu chodnemu powietrzu. Czujesz obecność góry, jakby to była żywa istota, a nie zimny kamień.


Z Grindelwald wyruszyliśmy rano, by niespiesznie, podziwiając po drodze krajobraz, dojść do podstawy ściany. Trakt jest łatwy i nie wymaga wysiłku, choć idąc nim z powrotem, od stacji Alpinglen, wydawał mi się koszmarnie stromy na spokojny spacer. Wygodniej więc było biec. A że po drodze spotkałam parę ultrabiegaczy z Nowej Zelandii, to podróż przebiegła ekspresowo w miłym towarzystwie. Chłopcy zostali gdzieś za mną na stacji Kleine Scheidegg.

Podejście do West Flank biegnie wzdłuż lini kolejki zębatej, która wwozi turystów na najwyżej położoną stację, tj. na przełęcz Jungfraujoch na wysokość 3 471 m npm. To niesamowite dzieło rąk ludzkich działa już od sierpnia 1912 roku! Warto pewnie raz w życiu odbyć tę nietanią podróż, ale dla nas to nie byłjeszcze ten moment.
Nasza droga na Eiger pokryła się z tą, którą wchodzili na szczyt pierwsi zdobywcy w 1858 roku. Ma ona obecnie historyczne znaczenie, gdyż niewiele osób decyduje się wchodzić na szczyt od strony zachodniej. Pełni ona bradziej rolę drogi zejściowej dla wspinających się ścianą północną. Jest trudną drogą ze względu na wielką kruszyznę oraz znikomą asekurację, a od Kanzeli – kamienia przypominającego wielkiego grzyba, z którego skaczą "latające wiewiórki" – droga nie jest jednoznaczna i można trochę pobłądzić.


My odnaleźliśmy urok tej drogi już przy samym podejściu pod nią zaprzyjaźniając się z alpejskimi prawie-milkami-krówkami, a potem na najwsanialszym noclegu świata w Eiger Hilton, który mieści się na wysokości 3 060 m npm i oznaczany jest jako Bivvy. Co prawda do wody mieliśmy kawałek, ale za to widoki z "okna" przepiękne. W nocy sufit mienił się milionem gwiazd, dopóki nie zakryły je chmury, z których następnie spadł niewielki deszcz. Ale to nas nie zniechęciło do tego High Room i oczywiście z całym sercem polecamy!


Nasz wczesnoporanny atak opóźnialiśmy z powodu niepewnej pochmurnej pogody. Kiedy wiatr nieco przewjał mgłę udaliśmy się na szczyt. Nie było nam łatwo odnaleźć właściwego przebiegu drogi, gdyż co chwila tonęliśmy w chmurach. Spowalniało nas to nieznośnie, co spowodowało, że i nasze humory zaciągnęły się ciemnymi chmurami. Jednak kiedy podeszliśmy do śniegu podszczytowego nagle całe kłebiące się wokół nas obłoki rozpierzchły się po niebie odsłaniając sąsiadujące szczyty oraz cały piękny krajobraz dookoła. Była to przewspaniała nagroda za nasz trud. Trochę odetchnęłam z ulgą, że zejście będziemy mieli "widne", a co za tym idzie sprawniejsze. Lecz jak tylko zaczęliśmy schodzić znów zaczęły napływać chmury po czym zatonęliśmy we mgle tak, że nawzajem nie mogliśmy się dojrzeć. Na szczęście wraz z mgłą nasilił się wiatr, który co rusz przewiewał chmury ukazując nam na kilka sekund przestrzeń przed nami dzięki czemu mogliśmy oceniać kierunek zejścia. Przez chwilę nawet znaleźliśmy się w fałszywym żlebie, z którego się ewakuowaliśmy wracając na "właściwą scieżkę". Do naszego "apartamentu" dotarliśmy późno w nocy, szczęśliwi, że już mamy za sobą labirynt pełen mgieł i luźnych kamieni.


Po udanej aklimatyzacji na Eigerze udaliśmy się na drugą stronę, czyli pojechaliśmy do Włoch do Breuil-Cervinia, skąd mieliśmy przeprowadzić atak na Matterhorn drogą Lion. Piękny, majestatyczny szczyt przywitał nas w czapkce z chmury. Otrzymaliśmy jednocześnie informacje od naszgo Centrum Pogodowego w Polsce (czyt. Sylwinka), że niestety prognoza pogody kształtowała się nieciekawie na najblizsze dni. Miało padać i grzmieć na szczycie. Zasmuciło nas to mocno. Tym bardziej, że 14 lipca mijała 150 rocznica pierwszego wejścia na szczyt Matterhornu. Wieczorem powzięliśmy, z ogromnym bólem serca, decyzję o rezygnacji z próby wejścia i ukierunkowaliśmy nasze plany na wspinaczkę sportową w okolicy Doliny Aosty, w której się znaleźliśmy.


Wspinanie w tamtejszej skale bardzo nas zaskoczyło i zadziwiło. Było tak odmienne od naszego jurajskego. Ale upał identycznie nieznośny jak ostatnio w jurajskiej skale; przynajmniej dla mnie.
Przygoda alpejska zakończyła się z przeogromnym niedosytem. Ale jak to się mówi: co się odwlecze, to nie uciecze.

 

Więcej zdjęć na naszym fanpage: www.facebook/BelchatowskiKW

 

Licznik odwiedzin: 26289