W pogoni za słońcem - Tatry

Lato tego roku nie rozpieszcza. Trzeba mieć szczęście, by wbić się w piękną słoneczną pogodę w Tatrach. Pojechaliśmy więc poszukać naszego szczęście w Morskim Oku. Był to szczególny wyjazd, gdyż po raz pierwszy Piotr N. próbował się w granitowej ścianie na wielowyciągach.
W pogoń za szczęściem wyruszyliśmy w czwartkowy podwieczorek. Wesoły samochód mknął przez południową Polskę, by do poniedziałku...
Piotr K.: Poniedziałkiu??!!
Cecylia: no do poniedziałku, a co? Radek Ci nie powiedział?
...w każdym bądź razie, jechaliśmy zażyć górskiej wolności.
Do szałasiska dotarliśmy po 2 w nocy, a ok 3 polegliśmy w namiotach. Nie nastawialiśmy budzików, bo (moja sugestia) miało nas obudzić poranne słońce, które (miałam cichą nadzieję) schowa się rano za deszczową chmurką i będę smacznie spać do południa. Około godziny 7 chłopcy uświadomili mi, że chmur na niebie niewiele i idziemy się wspinać. Pełni zapału krzątali się, szykowali sprzęt, śniadanie i pognali w stronę Mnicha na rozgrzewkę. A ja z prędkością ś..limaka chodziłam między namiotami ubolewając, iż nie mogłam pospać dłużej.
Słońce na szlaku dawało się we znaki ze zdwjoną siłą. Mokra ziemia i rośliny parowały, co dawało efekt sauny. Chłopcy pod ścianą z niecierpliwością przebierali nogami. Radek z Piotrem N. wstawili się do Orłowskiego, a ja i Piotr K. do Zacięcia Mogielnickiego. Moje drugie podejście zakończyło się w tym samym miejscu co za pierwszym razem, gdyż zaczął padać deszcz, a skała stała się mokra, że aż śliska miejscami. Zrobiłam wycof, ale desz również, więc szybko za chłopakami wbiłam się na pierwszy wyciąg Orłowskiego. I znów lunęło, tym razem pożądnie. Udało mi się dojść do pierwszego stanowiska. Z oddali niebo pomrukiwało złowieszczo. Nie było widoków na słońce, więc uznaliśmy, że robimy zjazd do schroniska. Deszczowe chmury stłoczyły się na niebie od czasu do czasu mrucząc burzową melodję. Jedynym tego dnia poszkodowanym z braku wspinania, zmokniętym i zziębiętym był Piotr K. W zadośćuczynieniu obiecałam dobre wspinanie na kolejny dzień.
Tu muszę wtrącić uwagę o turystach wędrujących po górskich szlakach, których napotkaliśmy i którzy nas zadziwili. Otóż pomimo wyraźnych znaków niepogody, niskich burzowych chmur, deszczu i niemiłych dla ucha grzmotów, parli szlakiem po śliskich kamieniach ku górskim szczytom i przełęczom niezrażeni okolicznościami. Ciężko im też było zrozumieć nasze ostrzeżenia, tym bardziej, że oni właśnie mają wakacje i chcieliby pójść, bo szkoda wolnego czasu. A poza tym burzy się nie boją.
W sobotni poranek po nocnej ulewie słońce pojawiło się na niebie. Udaliśmy się w kierunku Czarnego Stawu i dalej na Kopę Spadową. Już z oddali było widać piękne okapy, co przyjemnie nastrajało chłopaków. Po pdejściu pod ścianę dało się zauważyć gdzieniegdzie zacieki, a to nie wróżyło niczego dobrego. Co prawda wróżami nie jesteśmy, ale... Kluczowy wyciąg nie wyślizgnął się dopiero przy drugim podejściu. Humory się poprawiły, bo i słońce wyszło i skała przeschła. Mieliśmy tego dnia szybko zacząć i szybko skończyć, ale wyszło jak zawsze, więc w drodze do szałasiska zahaczyliśmy o schronisko. Wmieszaliśmy się w tłum turystów i siedząc na ławeczce kontemplowaliśmy piękny widok rozpościerający się przed nami, aż w końcu głód nas przegnał.
Niedziela – zryw poranny i biegiem udaliśmy się na Mnicha, aby zdąrzyć przed zapowiadanym po południu deszczem. Trzecie podejście do Zacięcia Mogielnickiego. Tym razem pierwszy wyciąg prowadził Piotr K., bo ja się obraziłam. Drugi wyciąg był już mój. Radek i Piotr N. poszli w ślad za nami. Wniosek: świetna droga, niedoceniana, a przez to nie trzeba czekać w kolejce, co się chwali. Zbyt długie leniuchowanie pod ścianą i namyślanie się nad kolejną drogą zaowocowało deszczem na pierwszym wyciągu Wacław Spituje. Płyta momentalnie zrobiła się mokra a co za tym idzie śliska. Pantofel na tarcie mi się ześlizgnął i uznałam, że dalej nie idę. Po krótkim namśle Piotr K. wbił się w drogę, ale i on nie przebiegł po śliskiej płycie. Dookoła zaroiło się od zbiegających w dół wspinaczy. Nad Cubryną zawisła ciemna chmura. Oznaczało to dal nas jedno: odwrót! Szybkim krokiem zeszliśmy do schroniska. Na ostatnich metrach złapała nas zlewa. Za nami Radek i Piotr N. wzywali ratowników do turystki, która poślizgnęła się na kamieniu i bardzo brzydko skręciła nogę w kostce.
Po powrocie do namiotów przegłosowany został pomysł powrotu do domu. Szybki obiad, pakowanko i po godzinie 18 dreptaliśmy asfaltem do Palenicy. Oczywiście, że szczęśliwi! ...mimo, iż do poniadziałku nie zostaliśmy.

Autor tekstu Cecylia
Photo by Cecylia and Piotr K.

 

Licznik odwiedzin: 28611